Wersja do wydrukuWersja do wydruku

polka w puszczach paranyPierwsza polska książka podróżnicza napisana przez kobietę. Publikujemy fragmenty wspomnień o jej samotnej podróży w dźunglę brazylijską w latach 1926-28, uzupełnionych jej własnymi zdjęciami. Zapraszamy do lektury.

PRZEDMOWA AUTORKI

Podróż do Brazylii w celach entomologicznych podjęłam, polka w puszczach paranyspełniając życzenia męża, śp. Juliusza Isaaka. Przy tej sposobności pragnęłam zbadać stosunki panujące wśród naszych uchodźców w Paranie, czemu w niniejszym dziełku wiele kart poświęcam. Warunki materialne składały się dla mnie bardzo niepomyślnie, a poza tym projekt podróży samotnej kobiety na drugą półkulę uważano ogólnie za ekscentryczność.
Audaces fortuna iuvat — to przysłowie łacińskie okazało się w tym wypadku prawdziwe, gdyż jako entomolog cel swój osiągnęłam i nawiązałam kontakt z rodakami w Brazylii.
Na rynku księgarskim mamy stosunkowo mało dzieł traktujących o owadach, byłoby zatem bardzo pożądane, aby ten dział nauki znalazł większe zrozu­mienie wśród czytelników i aby ich przekonał, jaką do­niosłą rolę odgrywają owady w życiu gospodarczym człowieka. Rola ta niekiedy bywa bardzo ujemną, dość wspomnieć klęskę „sówkową" w Polsce w la­tach 1924—1925, kiedy to zniszczone zostało 400.000 ha lasów sosnowych, wystąpienie w tym samym czasie much zbożowych, które obniżyły plony o 40—90%, a w r. 1934 pojawienie się na Helu gąsienic „prządki wędrownej iglicznej", które stały się prawdziwą plagą drzewostanu półwyspu.
Na ogół państwo nasze traci rocznie milion zło­tych z powodu szkodników owadzich. Straty innych państw są o wiele większe. Rosja Sowiecka np. traci rocznie dwa i pół mi­liarda rubli, Stany Zjednoczone Ameryki Północnej — wiele milionów dolarów, a straty z powodu szkodliwych owadów w Europie i Ameryce są obliczone na dzie­sięć miliardów dolarów.
Człowiek wobec tego nie może stać z założo­nymi rękoma. Należy przede wszystkim znać owady, interesować się nimi i odpowiednio wobec każdego z gatunków owadzich reagować. Jedne jako poży­teczne (a tych jest niewiele) ochraniać, a całą olbrzy­mią większość szkodników niszczyć celowo.
 
I. Lądem i morzem ku Brazylii
Wyjazd. Na Morzu Śródziemnym. Atlantyk. Czarny Ląd. Chrzest na równiku. Kradzież na okręcie.
Dnia 1 września 1926 r. opuściłam miasto rodzinne, wywożąc z sobą resztę mienia, tj. dwa kufry, w których oprócz najniezbędniejszych rzeczy w podróży, obli­czonych na gorący klimat, znajdowały się moje uten­sylia entomologiczne: pudła na owady, siatki, słoiki z eterem, szpilki itp.
Pierwszych informacji na wyjazd udzieliło mi Biuro Żeglugi Morskiej Ameryki Południowej „Chargeurs Réunis" w Warszawie. Dowiedziawszy się, że przy po­mocy tego towarzystwa wychodzą stale dwa razy na miesiąc pociągi z emigrantami do Marsylii, postanowi­łam przyłączyć się do takiej ekspedycji.
Z Warszawy wyjechałam pociągiem pospiesznym 5 września o godz. 9 wieczorem. Ostrów, Poznań przejechałam nocą. Nad ranem obudził śpiących pa­sażerów zgiełk i ruch na granicy Niemiec w Zbąszy­niu, gdzie trzeba było przesiadać do innego pociągu.
O godz. 10 byliśmy w Berlinie. Na Dworcu Ślą­skim czekano nas ze śniadaniem, które Zarząd Towa­rzystwa Żeglugi telegraficznie zamówił dla wszystkich. Druciane wielkie kosze wypełnione były torebkami pergaminowymi, każda zawierała trzy bułeczki z ma­słem, jedną bułkę z serem, dwa gotowane jaja i dwie brzoskwinie. Duże naczynia z gorącą herbatą i białe emaliowane kubki wzbudzały apetyt na tak niezwykłe śniadanie.
Z ciekawością przyglądałam się tej ceremonii, wszyscy bowiem pasażerowie z nieudaną radością przyjęli ten smaczny posiłek.
polka w puszczach paranyNazajutrz przed południem przybyliśmy do Pary­ża. Tutaj z Dworca Północnego wielkimi omnibusami przejechaliśmy na Dworzec Lioński. Był też zamówio­ny obiad dla nas. Menu prawdziwie francuskie: sar­dynki, polędwica z groszkiem i sałatą, ser, wafle, wino.
Na drugi dzień rano stanęliśmy w Marsylii.
Już na godzinę przedtem pasażerowie obserwo­wali widoki gór południowych, a potem Riwierę fran­cuską.
Zatrzymaliśmy się w hotelu emigracyjnym (Hotel du Levant), w którym mieści się paręset łóżek, mnó­stwo większych i mniejszych pokoi na kilka osób lub pojedynczych. Olbrzymia sala jadalna czysto utrzyma­na. Stoły nakryte białymi obrusami, ozdobione charak­terystycznymi dzbanami glinianymi na wodę.
Dzwonek zaprasza przyjezdnych na obiad.
Ciekawy obraz: ludzie z całej Europy, prawie wszystkie narodowości, cudaczne stroje, najrozmaitsze języki, zgiełk, rwetes nie do opisania. Byłam pod wra­żeniem patrząc na wszystko, że całe to pstre, dzi­waczne towarzystwo zebrało się w przebraniach na karnawałową maskaradę.
Tegoż dnia wyszłam na miasto. Na ulicach niesłychany ruch. Sprzedaż towarów odbywa się przeważnie przed sklepami, na chodnikach. Towary poukładane na wózkach i stołach. Gotowe ubrania porozwieszane na sznurach. Ciekawe są bardzo kio­ski ze zdobyczami morskimi: muszle, ostrygi, korale, ra­ki i inne dziwne twory głębin morskich.
Z wieży kościoła Notre-Dame de la Carde widać całe miasto z daleką perspektywą na morze. Sam koś­ciół bardzo bogaty w mozaiki, marmury; całą orygi­nalnością świątyni są różne wota, ofiarowane przez ma­rynarzy, o godłach związanych z żeglugą. Wszystkie ściany są zawieszone tego rodzaju wotami. Każdy oca­lony z niebezpiecznej burzy okręt składa tu swoją fo­tografię lub miniaturową posłać wykonaną z drzewa lub metalu. W wielkim ołtarzu figura Małki Boskiej z czystego srebra. W bocznych nawach, w dużych świecznikach palą się setki świec ofiarowanych przez pobożnych marynarzy. Na szczycie wieży figura Matki Boskiej ze wzniesionymi do góry rękoma: zdaje się błogosławić na drogę tłumy oczekujące okrętu. Obok kościoła znajduje się poczta obsługująca przeważnie turystów. Z góry zjeżdża się pionową windą, co wielce skraca stromą i krętą drogę.
 
Dnia 10 września zawrzało w hotelu emigracyjnym jak w ulu, mieliśmy bowiem za kilka godzin wsiadać na okręt. Przygotowania do drogi paruset ludzi w ca­łej pełni. Każdy ma kilka pakunków. Teraz naprędce odbywają się zakupy spożywcze na podróż, przeważ­nie owoce: winogrona, brzoskwinie. To wszystko ku­puje się tutaj za bezcen. Jeszcze ostatniego dnia pociągi wyrzucały nowe zastępy ludzi emigrujących do Ameryki Południowej z różnych krańców Europy.
Rozdano karty wstępu na okręt Valdivia, które­mu ten cały barwny tłum powierzy swe życie i mienie.
Zamęt nieopisany. Ludzie wprost nieprzytomni, nie słyszą, co się do nich mówi. Wszyscy zajęci wy­noszeniem ręcznych pakunków. Wielkie bagaże wy­noszą posługacze na ciężarowe auta.
Sprawdziłam swoje rzeczy, okazało się, że pękł sznur na jednym kufrze. O tym, żeby ktoś zawiązał na nowo, mowy być nie może, nie ma na to czasu, chyba że przy władowaniu na okręt zakwestionują, wówczas służba zmuszona będzie tę czynność wykonać. Posłu­gacze ordynarni, opryskliwi, wprost rubaszni; uprzej­mość w takiej chwili nie istnieje.
Czekają też auta osobowe. Przyjeżdżamy do por­tu. Tutaj wpada się jakby z deszczu pod rynnę! Oprócz przybyłych z hotelu mnóstwo osób czeka, i każdy czymś się denerwuje, czegoś szuka.
Ale pierwszy mój kłopot z ulokowaniem bagażu. Na podstawie karty okrętowej wydają przy okienku cedułki z numerami do dużych paczek. Dzięki Bogu, że już nakleiłam i przestałam się troszczyć o ciężkie kufry.
Teraz mam sporo czasu i mogę obserwować ży­cie w porcie. Tysiące ludzi, każdy coś mówi, krzyczy; tuż wjeżdżają z hałasem auta, wielkie i małe omnibu­sy, zdają się one najeżdżać na pasażerów. Nawoływa­nia „attention!“ (baczność) rozlegają się stale, dalej posługacze z żelaznymi wózkami. Olbrzymie konie ciężarowe wzbudzają strach! Tymczasem ten koń ol­brzym to salonowiec! Idzie lekko, ostrożnie, przystaje przy najmniejszym zbliżeniu się do ludzi, nie potrąci nikogo, nie mówiąc już o stratowaniu.
Ludzie potykają się, przewracają, popychają wza­jemnie. polka w puszczach paranyTrudno sobie wyobrazić, o ile się tego nie wi­działo, co się dzieje w porcie francuskim przed odej­ściem okrętu. Za największą plagę w tym zgiełku uważać nale­ży wrzaskliwe i brudne handlarki owocami, mydełkami i różnymi błyskotkami.
Jedna z nich, obdarta, z papilotami we włosach, proponowała mi kupno winogron. „Dlaczego dotąd nie uczesana, choć już druga godzina po południu?" zapytałam ją. Na to odburknęła z gniewem, że koafiura potrzebna jej dopiero na wieczór... W ogóle ko­biety południowe nie kochają się zbytnio w porządku i czystości!
Wezwano pasażerów do lekarzy; przed wejściem na okręt jest to nieuniknione.
Stamtąd wprost na okręt. Ależ nie mam z sobą rzeczy podręcznych, trzeba je zabraćl Chciałam wrócić do hali portowej, okazało się to niemożliwe...
Dostałam kajutę na cztery osoby; tuż w tym sa­mym korytarzu, tylko o piętro niżej, ogólne sale sy­pialne dla kobiet III klasy.
Nagle usłyszałam stamtąd przerażający krzyk. Przekonana, że stało się nieszczęście, pobiegłam tam prędko. Ze zdziwienia stanęłam jak wryta.
Ujrzałam kobiety walczące o zdobycie górnych łóżek, które ze względu na ewentualne choroby uwa­żane są za przyjemniejsze.
Złość i niepohamowaną dzikość można było po­znać po gestach, wrzasku, pieniących się ustach i prze­rażających oczach, gdyż wymyślań nie można było zro­zumieć. Każda przeklina w swoim języku, całe szczę­ście, że się tych ordynarnych wyrazów nie rozumie. Najzaciętszymi okazały się kobiety węgierskie. Jedną dozorca musiał siłą oderwać od łóżka i przenieść na inne miejsce. Ze złości szarpała włosy i tak niemiło­siernie przerzucała swoje małe dzieci, jak gdyby one właśnie zawiniły w tej całej awanturze.
Proszę sobie wyobrazić, jak te brudne, nieszczę­śliwe dzieci krzyczały na całe gardło!
Znów przypomniałam sobie o podręcznych pacz­kach, których jeszcze przy sobie nie miałam. Tym ra­zem pozwolono ml zejść z okrętu do hali portowej i tu, ku wielkiej mej radości, zasłałam wszystko w po­rządku.
Zdawało się, że w czasie mojej nieobecności mógł je ktoś zabrać, jednakże były na miejscu. Są bowiem ludzie, którzy mają ogólny nadzór nad całymi tysiąca­mi podobnych paczek, o czym pasażer wcale nie wie. Wszystko to zależy od wielkiej organizacji, bez której trudno by było samemu sobie poradzić.
Ale okręt ma już ruszyć wkrótce. I rzeczywiście słyszę ryk syren i nawoływania marynarzy. Przedziwny gwizd syren powtórzył się jeszcze raz, i oto statek wol­no ruszył z miejsca, ciągnięty przez dwa mniejsze ho­lowniki przyczepione po obydwóch stronach naszego kolosu.
 
Była godz. 6 po południu. Śliczny, upalny dzień. Słońce świeciło w całej pełni. Okręt wydawał się za­lany potokami jaskrawych promieni.
Widać w oddali kościół Notre-Dame de la Garde, zbudowany na najwyższej skalistej górze.
Nastrój uroczysty. Względna cisza, większość osób szepce pacierze. Marynarze z odsłoniętymi gło­wami żegnają się do modlitwy. Okręt sunie lekko, wolno, majestatycznie. Brzegi Francji oddalają się w zawrotnym tempie... Turkusowy lazur nieba łączy się z ciemną zielenią łagodnej powierzchni morza i ra­zem zaciąga się opałową mgłą z przebijającymi się przez nią promieniami słońca.
Chwila tak błoga, czarująca, jakich zapewne mało zdarza się w życiu.
Byłabym długo, długo wpatrywała się w tę cu­dną dal, gdyby mnie nie zbudzono do realnego życia: odezwał się dzwonek na kolację.
Żegnaj więc, o Francjo, żegnaj, Europo! Niepręd­ko ujrzę was znowu!
Wchodzę po raz pierwszy do sali jadalnej. Wła­ściwie to nie jedna sala, ale kilka olbrzymich sal po­łączonych z sobą kolumnami.
Długie stoły, na kilkadziesiąt osób każdy, nakryte białą ceratą, dla każdego przygotowane talerze, łyżki, noże i widelce oraz szklanki i serwetki z bibułki. Bu­telki z czerwonym winem i duże blaszanki z wodą sto­ją w pewnych odstępach jedna od drugiej.
Wszyscy mają obowiązek zająć miejsce przy stole i uważać je za swoje przez całą podróż. Usiadłam przy czwartym stole obok okienka, skąd dopływa lek­ki powiew morskiego powietrza. Olbrzymia waza z zu­pę stoi przede mną. Nalewam sobie sama, zupa faso­lowa z makaronem włoskim bardzo mi smakuje; na drugie danie sałata z doskonałą rybą. Wino kwasko­we, można więc go wypić nawet dwie szklanki.
Zbliża się wieczór. Wychodzę na pokład, by obserwować morze. Jeszcze widać zamglone brzegi Europy. Barwy morza zmieniają się co chwila. Czarne plamy pokrywają niezmierzoną powierzchnię wód, po­większając urok i tajemniczość otoczenia. Po ciele przechodzą ciarki, a myśl ogarnia zwątpienie: cudow­ny to sen, czy rzeczywistość?
Na pokładzie długo siedzieć nie można, o godzi­nie ósmej wszyscy udają się na spoczynek, za to wstają o piątej.
Pierwszą noc spałam wybornie, po tylu wraże­niach, ukołysana szumem fal. Łóżko wygodne, poś­ciel śnieżnej białości, wełniany koc zbyteczny, gdyż nawet pod prześcieradłem wytrzymać trudno, tak jest ciepło w nocy.
Umywalnie dla kilkunastu osób. O godz. 6 śnia­danie.
Na pokładach można zauważyć oddzielne gromad­ki ludzi — to podróżni jednej narodowości skupiają się razem. Gawędy, opowieści, wrażenia, kronika co­dzienna łączy ich z sobą.
Od marynarza dowiedziałam się, że na okręcie znajduje się około dwóch tysięcy ludzi, że okręt musi przybyć do Ameryki Południowej na z góry określony termin, i dlatego płynie z wielką szybkością, korzysta­jąc z warunków atmosferycznych bardzo sprzyjających. Kołysania okrętu wcale się nie odczuwa, ponieważ pły­niemy teraz wzdłuż brzegów Hiszpanii, a Morze Śród­ziemne o tej porze roku jest zawsze spokojne.
Nad wieczorem dopłynęliśmy do portu Valencia. Przybyli nowi pasażerowie.
Na okręcie zdarzają się sprzeczki między podróż­nymi, kończące się czasem awanturami. Z przykrością muszę stwierdzić, że ofiarą dzisiejszego zajścia była moja osoba. Powodem do tej sceny stał się mój ślicz­ny, biały hamak, specjalnie na podróż spleciony z bia­łego sznurka. Za zezwoleniem kapitana zawiesiłam go przy pomocy marynarza w jednym z narożników po­kładu. Okazało się, że w pobliżu przebywało najwię­cej Węgrów, którym zawieszenie hamaka nie przypa­dło do gustu. Zaraz zaczęły się zaczepki, rozmyślne potrącania, doszło nawet do obrzucenia mnie skórkami pomarańczy. Wobec dzikiego zachowania się tej nie­kulturalnej zbieraniny i w obawie gorszych następstw zmuszona byłam ustąpić.
W samą porę zbliżyła się do mnie grupa Pola­ków, którzy już czuwali nade mną, widząc co się dzie­je, i z życzliwością pomogli mi usunąć się stąd spo­kojnie. Zdarzenie to do tego stopnia mnie zdenerwo­wało, że miałam łzy w oczach.
Za chwilę spotykam kapitana, ten już został po­wiadomiony o zajściu. Czuje się winnym, że nieodpo­wiednio załatwił sprawę, chce zło wynagrodzić, wska­zuje więc marynarzowi górny śliczny pokład drugiej klasy „ekonomicznej", gdzie się znajdują łodzie ratun­kowe i gdzie żaden z pasażerów trzeciej klasy nie miał dotychczas wstępu.
Odtąd czuję się bezpieczną i z całą przyjemnoś­cią spędzam tu całe godziny. Za moim przykładem przeniosło się na ten sam pokład inteligentniejsze to­warzystwo trzeciej klasy; stanowimy teraz nową, od­dzielną grupę.
Jakby na pocieszenie po przykrych przeżyciach miałam tutaj entomologiczne zdarzenie, wyjątkowe w takich warunkach. Właśnie rozmawiałam z jednym z pasażerów, udającym się na stały pobyt do Chile.
Zachęcałam go, by zbierał owady i przysyłał do Pol­ski. Wtem tuż nad głowę przelatuje duży motyl — zmrocznik.
Zastanawiałam się potem, skąd się wziął motyl na morzu, skoro oddaliliśmy się już blisko o dobę od przystani. Wprawdzie brzegi Hiszpanii widać w od­dali i motyl mógł dolecieć, prędzej jednak odpłynął z okrętem, ukryty w jakimś ciemnym zakątku, i teraz się obudził.
Dnia 12 września płynęliśmy tak blisko brzegów Hiszpanii, że najwyraźniej było widać łańcuchy nagich skał. Miast ani wiosek nie widać, zapewne to bez­ludne skaliste wybrzeża, jakich nie brak w tym kraju.
Nocą okręt zatrzymał się w innym hiszpańskim porcie, Almerii, by zabrać nowych pasażerów.
Po raz pierwszy zaczyna padać deszcz. Majtkowie naciągają wielkie płótna nad pokładami. Nagle zrywa się silny wiatr, który wstrząsa płócienne zasłony i liny, czyniąc zamęt w normalnej pracy marynarzy. Tempe­ratura obniża się, ludzie drżą z zimna.
Ale taki stan pogody trwał zaledwie około go­dziny, po czym ukazało się słońce, wiatr przycichł i nastał dzień upalny.
Zbliżamy się do Gibraltaru: płyniemy między dwiema bliskimi kończynami brzegów, to znaczy mię­dzy Europą i Afryką.
Z ciekawością przypatruję się na obydwóch lą­dach okolicom, pełnym stromych skał o charakterze podobnym. Długie piaszczyste wybrzeża, szczególnie po stronie afrykańskiej, wydają się miłymi plażami w pełnym blasku rozkosznego słońca! Niestety, nie korzysta tu nikt ze słonecznych kąpieli, gdyż na dale­kich, rozległych przestrzeniach nie widać wcale sie­dzib ludzkich.
W pobliżu nagich skał u wybrzeży obserwowaliś­my defiladę zwierząt morskich. Były to delfiny odby­wające swą zwykłą wędrówkę. Potwory te płynęły gęstą masą na szerokiej przestrzeni, wyginając co chwila błyszczące grzbiety ponad falami morskimi. Nie­które z nich wyskakiwały z wody, dając najwyraźniej susa przez piętrzący się wał wodny.
 
polka w puszczach paranyWpływamy na pełny ocean. Od razu odczuwa się różnicę w kołysaniu.
Zaczęły się choroby; aż nieprzyjemnie chodzić, gdyż wszędzie brudno: w sali jadalnej, na schodach, a najgorzej na pokładach, służba wprost nie nadąża sprzątać. Sama cierpię na zawrót głowy i przeważnie leżę.
Szczepiono dziś wszystkim żółtą febrę, wywołu­jącą osłabienie organizmu, które jednak prędko przemija.
Skwar słońca dokucza. Nigdzie nie można się schować przed gorącym tchnieniem wiatru morskiego. W kajucie siedzieć za duszno, a na pokładzie za go­rąco. Jestem opalona na brązowo, skóra aż boli, mu­siałam nawet pójść do apteki po lekarstwo na złago­dzenie bólu.
Morze w tej chwili przecudne. Na przepyszne wały wód padają promienie jaskrawego słońca, strojąc je miliardami najwspanialszych brylantów. Odbijają się w tych cudnych falach płaszcze królewskie z prawi­dłowymi błyszczącymi szlakami, ornaty kościelne, haf­towane złotem i drogocennymi kamieniami, weselne szaty księżniczek, całe z blasku i przepychu... Można by nawet skopiować te cudne wzory, gdyby nie prze­mijały tak szybko i nie przyciągały wzroku do nowych i coraz to innych motywów.
Piąty dzień na okręcie zaczyna być nudny, chodzę więc po wszystkich zakamarkach dla rozrywki. Zaj­rzałam do kuchni, gdzie uwija się kilku mistrzów sztu­ki kulinarnej i kilkunastu kuchcików — wszyscy ubrani na biało. Są to przeważnie Włosi.
Mieszkania urzędników okrętowych bardzo porzą­dne, są w nich śliczne sale jadalne, gabinety przyjęć dla interesantów. Jest też kilka pokoi sanitarnych, obok których mieszkają lekarze i pielęgniarki.
Przed chwilą obserwowałam przelatującego nad okrętem ptaka, podobnego do mewy. Skąd się wziął pośród tych wód oceanu, na setki kilometrów od lądu? Długo krążył nad masztami, aż opadł i zaczepił się na jednej z przednich lin. Widać po nim całkowite wyczerpanie, gdyż nie boi się ludzi i nie rusza z miej­sca. Długo będzie musiał pozostać w tym niewy­godnym schronisku, zanim okręt dobije do brzegu.
Pogoda dopisuje. Słońce nie sprzeniewierzyło się nam jeszcze ani razu. Dla Polaków, którzy przyzwy­czajeni są w kraju do częstych deszczów, dziwne się wprost wydaje, że może przez szereg dni bez przer­wy panować tak piękna pogoda.
Trzecia klasa na okręcie to jakby małe miastecz­ko, pasażerowie bowiem składają się przeważnie z ro­botników, rzemieślników i drobnych kupców różnej narodowości. Tutaj też wre prawdziwe życie. Jedni grają i tańczą, inni flirtują, dyskutują, sprzeczają się, grają w karty; kobiety szyją, haftują, bawią dzieci. Cza­sami tylko wypada mi przechodzić przez tę gwarną „dzielnicę" okrętową, gdyż przebywam stale o piętro wyżej.
Ale od wczoraj i u nas pogorszyły się warunki. Oto zawieszono huśtawkę na naszym pokładzie, za­kłóca ona w pewnych godzinach panującą tu ciszę. Zwłaszcza panienki piszczą i hałasują, kiedy je koły­szą panowie. Pomimo to widzę, że pozwalają się w ten sposób huśtać. To już zwykła komedia kobieca i niemiłe pozowanie oraz kokieteryjne zwyczaje mło­dych kobiet.
Dla rozrywki umysłowej wertuję samouczek portu­galski i wczytuję się w język obowiązujący w Brazy­lii. Wydaje mi się łatwy z powodu większości łaciń­skich i francuskich wyrazów.
Na okręcie panuje regulamin obowiązujący wszyst­kich pasażerów. Kto chce jednak w nieprzepisowym czasie dostać się bądź do umywalni, bądź do pralni lub wanny, ten uzyskuje wstęp za małe stosunkowo datki. W takich nielegalnych wypadkach ułatwiały mi sprawę cukierki Wedla, których sporą ilość wiozę z sobą z Warszawy. Wczoraj spróbowałam oddać suknię do prania, zrobił mi to marynarz za garść cu­kierków; wyprał, wymaglował, czy też wyprasował, dość że wyglądała czysto i świeżo. Za cukierki we­dlowskie mam wstęp do jadalni, gdzie w porze po­obiedniej mogę siedzieć i spisywać przy stole spostrze­żenia z podróży.
Co dzień trzeba regulować zegarek; robi się to zwykle o 12 godzinie, kiedy specjalnym sygnałem okrętowym oznajmiają południe. Cofam wskazówki o 30 minut, gdyż zbliżamy się stale ku zachodowi.
Morze dzisiaj niezwykle burzliwe, głośne, złe, okręt bardziej się kołysze niż dni poprzednich. Pieniste fale widać na całej przestrzeni, jaką tylko oko objąć może.
Około godz. 10 obserwowałam ciekawe zjawisko. W pobliżu okrętu tuż nad powierzchnią wody pływały całymi tysiącami dziwne stworzenia w rodzaju dużych przezroczystych pęcherzy-dzwonów, które zdawały się być przewiązane u szyi różową wstążką. Powiedziano mi, że to najpospolitszy gatunek meduz, zwanych stułbiatkami (Hydroidea), które całymi masami żyją w cie­płych morzach. Występowały na dalekiej przestrzeni, ale tylko w przedpołudniowych godzinach, kiedy naj­bardziej smagały ludzi gorące promienie słońca.
Teraz już widać coraz częściej stada przelatującego ptactwa, co nasuwa przypuszczenie, że zbliżamy się do lądu.
Fale morskie, jak zauważyłam, nie zawsze zależą od wiatru. Czasami wiatr na pokładach szaleje, a tale są stosunkowo niskie i morze spokojne; innym razem wiatru prawie się nie odczuwa, a bałwany morskie wspinają się wysoko, zawodzą i wyją.
Na okręcie znajduje się kilka kotów. Są to ulu­bieńcy pasażerów, choć dosyć dzikie i płoche. W nor­malnych warunkach życia nie byłam zwolenniczką tych cichych drapieżników, nie miałam właściwie czasu na zajmowanie się kołami. Tutaj z nudów biorę je do ręki, parę razy sypiały u mnie na hamaku w słońcu. Nie­kiedy człowiek zmuszony jest zbliżyć się do zwierząt, by wypełniały przypadkową pustkę w jego życiu.
Dnia 17 września, a ósmego dnia pobytu na okrę­cie, zbliżyliśmy się do afrykańskiego portu Dakaru w Senegalii, kolonii francuskiej.
Dzisiejsza noc była wprost niemożliwa: w kajutach duszno, gorąco, trudno było oddychać. Zmęczona bezczynnym życiem, udałam się wcześniej na spoczy­nek, ale około północy obudziłam się z takim silnym bólem głowy i tak osłabiona, że trudno uwierzyć.
Wszyscy jednakowo odczuwają zmiany atmosfe­ryczne, są zmęczeni i chorzy. Mamy zatrzymać się w Dakarze całą dobę, toteż wyczekujemy tej chwili z upragnieniem.
 
Zapowiadają szalony upał. I rzeczywiście, zaled­wie opadły mgły poranne, wnet ukazało się słońce w całej pełni i iście afrykański żar spadł na Europej­czyków, nie przyzwyczajonych do tak wysokiej tem­peratury.
Reaumur wskazywał w południe 50° ciepła.
Przybyliśmy do Dakaru o godz. 5 po południu. Już z daleka było widać tłumy ludzi oczekujących w przystani na nasz okręt. Prawie wszyscy ubrani biało. Okręt mija port, potem cofa się, by łatwiej podpłynąć do brzegu.
Teraz zabawiają nas Murzyni mistrzowskim pływa­niem po morzu. Czarne głowy wysuwają się co chwi­la z wody, tylko białe zęby odbijają wyraźnie od czar­nego tła twarzy. Rzucano im monety, które oni ło­wili w wodzie, chowając je do ust. Widocznie głodni, gdyż łapali kawałki chleba rzucane im też z okrętu, dławiąc się przy jedzeniu i dziko wykrzywiając twarz.
W porcie Francuzi i Murzyni kłaniają się nam i wi­tają wesoło, poubierani po europejsku — to kwiat inteligencji, urzędnicy i ich rodziny, a dalej całe mnó­stwo Murzynów niskiego stanu: posługacze, drobni handlarze, motłoch. Ci ubrani niedbale, choć krój tych nędznych szat typowy: szerokie majtki, ciemne lub jasne chałaty, bez czapek, boso. Włosy bardzo drobno pokręcone, podobne do baranków karakułów; wszy­scy wysokiego wzrostu, nogi cienkie, stopy szerokie, na czarnej twarzy błyszczą białe, lśniące zęby i oczy.
Zarzucono kotwicę. Trzeba przysunąć ciężki po­most, aby było po czym schodzić z okrętu. Nie czeka się na to długo. Oto kilkudziesięciu sprawnych czar­nych posługaczy dwoma długimi szeregami już go niesie w naszą stronę.
Niektórzy pasażerowie wysiadają w Dakarze. Po­sługacze zabierają ich rzeczy na ląd. Potem wnoszą na okręt zamówione produkty spożywcze. Są to prze­ważnie ryby: mniejsze niosą w workach, a duże bez opakowania; ledwie po jednej każdy udźwignąć może.
Teraz przyszła kolej na resztę podróżnych, którzy wychodzą na ląd po ośmiu dniach życia okrętowego. Panuje ogólne ożywienie.
Zwyczajem entomologa przygotowałam siatkę na motyle, by wyzyskać sposobność do łowów owadzich na terenie Afryki. Nie powiodło mi się jednak pod tym względem, gdyż, jak się dowiedziałam w mieście, trafiłam na koniec zimy, kiedy świat owadzi chowa się na pewien czas w niedoścignionych kryjówkach.
Istotnie palmy, magnolie i inne drzewa Południa wyglądają nieświeżo, na wpół pożółkłe, rosochate, równocześnie jednak mnóstwo innych drzew i krze­wów obsypanych bukietami przepysznych, różnobarw­nych kwiatów.
Na poczcie tłok, każdy się ciśnie do okienka ze znaczkami, nie ma miejsca na oparcie ręki. Karty pocz­towe z widokami miasta już kupiłam po drodze od na­trętnych chłopców murzyńskich. Chciałam kilka wy­słać do kraju, podchodzę więc do czarnego urzędni­ka francuskiego i żalę się na brak miejsca. W odpo­wiedzi na to podaje mi na ulicy sztywny blok i pióro, a kałamarz z atramentem trzyma w ręce; zadowolony z okazanej mi uprzejmości uśmiecha się dobrodusznie.
Kultura w tej miejscowości nie ustępuje europej­skiej. Miasto nie tyle piękne, ile niepospolite dla oczu Polaka.
Przechodząc ulicami, widzę aleje palmowe, kaktu­sowe, w ogóle mnóstwo drzew.
Domy piętrowe z żaluzjami stale zsuniętymi, skle­py bogate, wspaniałe, z ciekawymi wystawami, zupeł­nie odrębne od europejskich.
Owocarnie pełne ananasów, zapach aż dusi, gdy się tam wchodzi; właśnie jest sezon na te smaczne, aromatyczne owoce.
W oknie jednego sklepu wystawiona gablota z motylami. To coś dla mnie. Oczywiście weszłam tam i kupiłam kilkanaście sztuk za bezcen.
W restauracji przy Hotelu Europejskim roi się od gości okrętowych. Sama, czując pragnienie, znalazłam się wśród znajomych. Lemoniada wyjęta z lodu wyjęta sma­kuje w afrykańskim skwarze!
Ku wieczorowi ruch uliczny się wzmaga, auta spie­szą we wszystkich kierunkach, dorożki duże, konie małe pobrzękują dzwonkami, przypominając sannę w Polsce.
Późnym wieczorem wskazano mi park miejski; tu wzrok Europejczyka nasycił się widokiem wprost przedziwnej roślinności, oświetlonej rzęsiście lampami elek­trycznymi. Jasno jak w dzień. Główna aleja prowadzi po kamiennych schodach coraz wyżej, na kilka pięter. Stąd widok na morze. Wspaniałe oleandry przybrane białym i różowym kwieciem! Na schodach spotyka mnie Murzyn, dozorca parku; zaraz poznaje cudzo­ziemkę, uchyleniem kapelusza zagaja rozmowę, opro­wadza po ogrodzie, wskazuje rzeczy godniejsze uwagi. Byłam zdziwiona, widząc wszędzie uprzejmość tubylców.
Gdym szła aleją wysadzaną oleandrowymi drzew­kami, mój cicerone zaproponował mi zerwanie kwiatu, a jest tego mnóstwo! Śliczny bukiecik przez kilka dni rozjaśniał półmrok w mojej piwnicznej kajucie sypial­nej, nasuwając wspomnienia niedawno minionych mi­łych chwil.
Pożegnaliśmy się zwykłym wyrazem au revoir, jak dobrzy znajomi, ale kiedy ja go w życiu jeszcze zobaczę? Gdybym go nawet kiedy spotkała, to prze­cież nie rozróżnię, tak wszyscy Negrzy wydają mi się podobni do siebie.
Muszę już wracać do swych towarzyszy. Spoty­kam mnóstwo osób w suto oświetlonym barze przy Hotelu Métropol na dancingu. Wszyscy tutaj dobrze się czują; muzyka, tańce, kieliszki, toteż biało-czarne pary ochoczo popisują się nowoczesnymi tańcami, wy­ginając się na prawo i lewo.
A kiedy na głos syreny wróciłam do swej kajuty okrętowej, wydała mi się ciasną, wstrętną norą. Z ca­łą przyjemnością udałabym się ponownie do sympa­tycznego miasta afrykańskiego, które przygodnie po­znałam.
 
Dzisiejsza kolacja była burzliwa: nie smakowały potrawy, więc podniesiono protest. Hałas był nie do opisania. Niezadowolenie okazali najprzód Włosi, a po nich Polacy. Wybrano delegata, który miał się udać do komendanta, by przedstawić mu sprawę. Potrawy nie są niesmaczne, tylko dość jednostajne i dlatego — przejadły się i zbrzydły. Sama zazwyczaj chętnie ja­dałam fasolę w domu, ale nie częściej jak raz w ty­godniu. Teraz, jadając ją co dzień pod różnymi po­staciami, życzyłabym sobie, żeby wszystkie worki z tym pożywnym groszkiem zatopiły się w morzu i że­by ten sam los spotkał cały zapas makaronów wło­skich czy hiszpańskich.
 
Niedziela. Dziesiąty dzień na okręcie.
Rano odbyła się na pokładzie msza święta. Na tle trzech sztandarów, tj. włoskiego, francuskiego i hisz­pańskiego, ustawiono stół z białym nakryciem, przy­brany ślicznie w kwiaty doniczkowe. Na środku ude­korowanej ściany zawieszono obraz. Na okręcie było trzech księży katolickich i wszyscy brali udział w na­bożeństwie. Niezbędne utensylia kościelne znajdowa­ły się w podróżnym neseserze, który wiózł ksiądz z sobą. Wielce uroczysta była chwila, kiedy odgło­sem dzwonka oznajmiono początek mszy świętej. Wszyscy przyklękali i z pokorą pochylili głowy.
20 września przypada narodowe święto Włochów. Ponieważ stanowią oni większość na okręcie, ogłoszo­no rozkaz kapitana, aby inne narodowości udały się na tył okrętu, a Włosi mieli spędzić ten dzień sami na przednich pokładach. Wychodząc ze swej kajuty, wi­działam zawieszony sztandar włoski i przygotowania dekoracyjne do zabawy, która ma trwać do późnej nocy.
Wieczorem odbyło się przedstawienie filmowe, których było już kilka. Noc ciepła, prześliczna, księ­życowa. Naturalna dekoracja wcale nie banalna. Ciem­ne chmury tu i owdzie tłoczą się na szafirowym skle­pieniu nieba i księżyc zdaje się przeciskać przez te ciemne gromady. Wiatru nie ma, przeciwnie, taka ci­sza, że chwilami brak tchu. Mnóstwo ławek: z prawej strony siedzą mężczyźni, z lewej kobiety, trochę na opak, ale taki widocznie zwyczaj na okręcie. Obrazy pospolite, wesołe, wszyscy się jednak cieszą, bawią, a o to właściwie chodzi.
Nazajutrz, przechadzając się po pokładzie, w pew­nej chwili dostrzegłam latające ryby. Brałam je z po­czątku za ptaki, dopiero po bliższej orientacji przeko­nałam się, że byłam w błędzie: wyraźnie fruwają i to na daleką metę. Podnosiły się raptownie nad po­wierzchnię morza i leciały z rozpostartymi płetwami przez dość dużą przestrzeń, po czym zapadały w wo­dę. Były różnej wielkości: bardzo duże, średnie i zupełnie małe, a wszystkie błyszczały srebrem w słońcu.
Rano o godz. 6 przepłynęliśmy równik i dlatego cały dzień świętujemy. Maskarada, muzyka, tańce. Za­częło się od tradycyjnej kąpieli, którą nazywają chrztem okrętowym. Zabawa dotyczy osób, które po raz pierwszy odbywają podróż morską i przy tym zgo­dzą się na zażycie w tym dniu kąpieli wobec całego zgromadzenia ciekawych, rozbawionych widzów.
Kilku amatorów niezwykłej hydropatii zawsze się znajdzie pośród pasażerów, a tym razem nawet w to­warzystwie mężczyzn znalazła się kobieta.
Specjalny basen płócienny zawieszono na pokła­dzie drugiej klasy i wypełniono go wodę. Paru mary­narzy przygotowało już poprzednio kubeł z mydlina­mi, inni, poprzebierani za Neptuna oraz za Indian, wy­glądali komicznie: ci mieli spełniać czynność wrzuca­nia do wody uczestników kąpieli, czyli kandydatów na nowoochrzczonych. Na pokładach zaroiło się od pa­sażerów.
Wkrótce przybiegło kilkunastu młodych ludzi w kąpielowych kostiumach. Tych zaraz osmarowano mydlinami dla większego humoru i wrzucono do ba­senu. Nadchodzili następni, rozbawieni, roześmiani.
Znaleźli się nawet tacy, którzy pozwolili wrzucić się do wody w ubraniu i obuwiu. Ci naturalnie byli naj­bardziej oklaskiwani przez zebraną publiczność. W ogóle w ciągu całej tak oryginalnej zabawy weso­łość panowała nadzwyczajna.
A gdy nadeszła niewiasta — owa jedyna amator­ka chrztu okrętowego — marynarze odsunęli się z dy­stynkcją, obeszło się bez mydlenia i wszelkich śmiesz­nych scen, tylko podtrzymano ją z wielką uprzejmo­ścią i zanurzono w wodzie.
Tymczasem fotograf okrętowy bez przerwy robił zdjęcia różnych fragmentów zabawy, a nazajutrz sprze­dawano fotografie po 3 złote za sztukę.
Uczestników „chrztu" obdarzono świadectwami, wydanymi imiennie, z podpisami zwierzchników okrę­towych. Dzień ten na okręcie Valdiviabył prawdzi­wie świąteczny. Z tego tytułu śniadanie oraz obiad były wykwintniejsze i obfitowały w większą ilość po­traw oraz różnych smakołyków.
Wieczorem tańczono. Dźwięki muzyki rozlegały się do późnej nocy.
Każdy z pasażerów otrzymał upominek w postaci drobiazgów, jak wachlarzyki, wstążeczki na krawaty itp.
Następnego dnia zaszedł przykry wypadek: na wielkim balu okradziono jakiegoś magnata z pierwszej klasy, zabierając mu pierścienie brylantowe i pienią­dze. Zarząd okrętowy nie robił nic w celu wykrycia kradzieży. Przeciwnie, urzędnicy czuli się dotknięci tym, że ów pan nie oddał drogocennych rzeczy na przechowanie do kasy, specjalnie na ten cel przezna­czonej.
Na rezerwowym pokładzie drugiej klasy „ekono­micznej" znajduje się kocioł parowy, w którym dezyn­fekują rzeczy zakaźnie chorych. Rozmawiając na ten temat z sanitariuszem, dowiedziałam się, że na okręcie było kilku chorych na tyfus i po nich właśnie paruje się pościel i bielizna.
Dziś z nudów chciałam zwiedzić środkową część okrętu, gdzie są maszyny, ale zamiar nie powiódł się, gdyż upał i para utrudniły mi zbliżenie się do podstawowych części kolosu, a że i bez tego był gorący, słoneczny dzień, więc jednego z drugim znieść nie byłam w stanie. Pracują tam przeważ­nie Murzyni jako najwytrzymalsi w tego rodzaju warunkach.
Wszyscy czarni mówią po francusku i bardzo się cieszą, o ile do nich zwróci się z rozmową. Ale taka konwersacja nie należy do przyjemności, specyficzny bowiem zapach ich ciała mierzi Europejczyków.
 
23 września.
Panuje silne podniecenie wśród pasażerów, ponie­waż urzędnicy zaczęli załatwiać formalności z tymi, którzy wysiadają w Rio de Janeiro. Do tych szczęśli­wych zalicza się i moja osoba. Zazdroszczą nam ci, co jadą do Urugwaju, Argentyny i Chile, muszą bo­wiem jeszcze kilka dni dłużej przebywać na okręcie.
 
25 września.
Już zaczynają pokazywać się całymi gromadami jaskółki, sympatyczne zwiastunki bliskiego lądu. Jutro dopłyniemy do portu.
Wobec bliskiego rozstania się ze znajomymi z okrętu, dużo osób podchodzi do mnie z zapytaniem, do kogo mam zamiar udać się i gdzie zamieszkam po przybyciu do Rio de Janeiro.
Wszyscy oprócz mnie mają adresy znajomych lub krewnych, na niektórych będą oczekiwali w porcie. Moja osoba należy do wyjątków: jadę do nikogo, nikt mnie nie oczekuje, jedynie „Entomologia" — ten mój cel umiłowany — ma mi służyć za gwiazdą prze­wodnią!
Na decyzję zatrzymania się w stolicy Brazylii wpły­nęły w głównej mierze listy Karoliny Słończewskiej z Parany, która pisała mi z wykrzyknikami, że powin­nam zamieszkać na pewien czas w Rio de Janeiro w celu poznania samego miasta, a dalej dla cudnych owadów, jakie znajdują się w okolicach.
Zaczyna mnie przejmować lęk na myśl o jutrzej­szym lądowaniu, unikam nawet tych myśli, gdyż serce zaczyna zaraz intensywniej pracować...
 
Na pokładzie II klasy „ekonomicznej" zwracały ogólną uwagę dwie osoby trzymające się stale razem, z daleka od reszty towarzystwa: ona, młoda, przystojna blondynka, ubrana elegancko i według ostatniej mo­dy; on, starszy pan, sympatyczny, ubrany wytwornie na biało, podobny raczej do pięknego partnera przy grze tenisowej. Oboje wystarczali sobie w czasie dłu­gotrwałej podróży, uprzyjemniając sobie czas to roz­mową (po niemiecku), to czytaniem głośno książki. Często wypoczywali obok siebie na leżakach, czasem ów pan kołysał na huśtawce swoją towarzyszkę.
Powszechnie mniemano, że to jakiś wzorowy oj­ciec odbywa podróż z córką. Jechali do Argentyny.
Aż w przedostatnim dniu, kiedy okręt zbliżał się do brzegów Brazylii i niektóre osoby przygotowywały się do wylądowania w Rio de Janeiro, pan ów zjawił się na pokładzie sam, bez nierozłącznej towarzyszki, smutny, zamyślony.
Na razie przypuszczano, że może „córeczka" za­chorowała lub stało się z nią coś złego, ale w parę godzin później już wszystkim było wiadomo, że tego pana okradziono, zabierając mu portfel z całą posia­daną gotówką, także został i bez biletu do Buenos Aires i bez złamanego grosza przy duszy. Oczywiście rozstał się ze swą przygodną znajomą w gniewie, rzu­cając na nią podejrzenie, że go okradła.
Nie wyjaśniło się zresztą to zdarzenie i nikt nie wie, czy naprawdę ta panienka popełniła kradzież, czy ktoś inny, ale też nikt się nie starał zająć tą sprawą.
Traf zrządził, że ową pannę nieco później spotka­łam na ulicy w Rio de Janeiro, chociaż okręt Valdi­viaw tym czasie płynął najspokojniej do Argentyny. Może przypadkowo zmieniła plany i zamiast w Buenos Aires pozostała w pięknej stolicy Brazylii.
 
c.d.n.

 

Czytaj w Wikipedii o autorce

polka w puszczach parany

 

 

Więcej o książce